niedziela, 19 lutego 2017

Malinowy kardigan - na przekór zimie

Czerwony może dla mnie nie istnieć, no chyba, że jest to malinowy, wiśniowy lub okolice burgunda - słowem: wszelkie odcienie zimnej czerwieni - oraz zbliża się zima. Koniecznie oba te warunki muszą być spełnione łącznie. 


Niby odporna jestem na świąteczną komercyjną papkę, jednak od paru lat obserwuję niepokojące zjawisko. Ponurą, szarą, późnojesienną porą regularnie co roku nachodzi mnie tęsknota za czerwienią i, o zgrozo, wzmaga się się wraz ze zbliżaniem się Świąt Bożego Narodzenia! Po Świętach zapał do czerwieni nieco słabnie, ale nie słabnie potrzeba wydziergania nabytych w oparach amoku czerwonych włóczek.

W tym roku padło na - i tu Was nie zaskoczę - Brushed Alpaca Silk, Dropsa oczywiście. Motki przeleżały od zeszłorocznej okołoświątecznej wyprzedaży alpak, bo nie miałam na nie pomysłu. Teraz napatoczył się ażurowy kardigan z (i tu znów brak zaskoczenia) Sandry.


Z perspektywy użytkowania wiem już, że o ile może pomysł, by był to kardigan nie był zły. Która kobieta nie potrzebuje setki kardiganów - ręka do góry! O tyle wybór fasonu i ażurowego wzoru jakoś do mnie nie do końca trafia. Wydaje mi się, że ta włóczka lepiej się sprawdza w prostych, bardziej surowych, geometrycznych wzorach, a w tym ażurze wygląda jakoś za bardzo vintage. Jeśli wiecie, co mam na myśli.

Poza tym, moim zdaniem sweterek jest za krótki. Miałam pewne trudności z dopasowaniem wzoru do moich potrzeb i jakoś wierzyłam, że i tak robię luźno, a sweter się nieco rozciągnie i będzie w sam raz. No i się nieco przeliczyłam. Ale pruć już nie będę. Parę rzeczy w nim lubię: brak zapięcia, szalowy, ściągaczowy kołnierz i długaśne mankiety, które wydłużyłam jeszcze w stosunku do wzoru.

Tymczasem udało się wreszcie sweterek sfotografować w dość nietypowych okolicznościach... no, nie przyrody.







Wczoraj spędziliśmy pół dnia we wrocławskim Humanitarium, gdzie pociecha moja budowała wiatraki oraz wymarzony wulkan. Eksplodujący, a jakże! My z Tatusiem uganialiśmy się tymczasem po labiryncie zjawisk optycznych, bawiliśmy się odnawialnymi źródłami energii i rozwiązywaliśmy łamigłówki. Niektóre bardzo "łamały" nam dorosłe główki. Do tego stopnia byliśmy zaaferowani, że gdy dziecko skończyło warsztaty, musiało udać się z opiekunką do punktu informacyjnego, by tam wywołano wyrodnych rodziców przez megafon. Potem szaleństwo kontynuowaliśmy w trójkę, by wreszcie wykończeni i głodni, ale zadowoleni oraz lżejsi o jakieś 200 zł wróciliśmy do domu.

Nie dziwcie się, że w Humanitarium trzeba trochę wydać na takie rodzinne wyjście. Choć same warsztaty nie są szczególnie drogie, ale trzeba liczyć się z biletami na warsztaty rodzinne dla kilku osób (jeśli wybieracie taką opcję), biletami na warsztaty indywidualne, biletami na wystawę dla wszystkich. Do tego kawa, ciastka, soczki oraz - co nie do uniknięcia - kolejna zabawka. Pocieszamy się, że naprawdę edukacyjna, czyli w naszym wypadku kryptex (zabawka z dziedziny kryptografii dla maluchów od 5. roku życia). Ale każde nasze dotychczasowe odwiedziny w Humanitarium to doskonała zabawa dla wszystkich. Junior sam się ostatnio upomniał, że chce iść znów "do tego laboratorium" i zażądał budowania wulkanu. Jest nimi zafascynowany, o czym pisałam już przy okazji posta (powinno być postu, ale kojarzy mi się z poszczeniem) o Wulkanie (klik) właśnie.
Ale, ale - miało być o włóczkach, a robi mi się blog parentingowy!

Parę fotek z zabawy "Kolorowe cienie".





Włóczka Brushed Alpaca Silk jak zwykle w robieniu "mniam", w noszeniu też. Recenzowałam ją już w poście o pudrowym zwyklaku. Robiłam na drutach nr 5. Zużyłam 164 gramy włóczki, więc do kategorii "piórkowych" nie trafi. Trafi za to pewnie do akcji "wszystko czerwone", którą rozpropagowała na Facebooku Herbi.

Kolor, po długich wewnętrznych zmaganiach, czerwony, nr 07. Muszę przyznać, że nie bardzo wierzyłam, że będzie naprawdę malinowy. Ale jest! Z tym, że oddać tego na zdjęciach nie sposób. Jak wiecie, fotografowanie czerwieni to nie lada wyzwanie. Tu kilka fotek "technicznych", usiłujących oddać kolor. Na tej pierwszej - chyba najbliżej prawdy.




Przemawia do Was mój kardigan z nieco innej bajki? Nie? Trudno. Lecę. Do zobaczeeeeeniaaaaaaa!



wtorek, 24 stycznia 2017

Plecie się...

... to i owo, a część już upleciona, tylko jakoś nie ma warunków na sesję zdjęciową. Wyrażenie "plecie" zamiast "dzierga" zapożyczyłam od Górali podhalańskich. 


Buszowałam ostatnio po stronach z góralskim rękodziełem i odkryłam, że konsekwentnie piszą, że swetry, skarpety i tym podobne wyroby są właśnie "plecione ręcznie". Bardzo mi się to spodobało. Zdziwiły mnie tylko niskie ceny tych wyrobów i bardzo wąska oferta oraz również niskie ceny (przeważnie 5 zł za 100 g) polskiej naturalnej włóczki ze stuprocentowej wełny owczej. Wiem, wiem, że jest szorstka i nierówna, ale cena o połowę niższa od pierwszego lepszego akrylu to już chyba przesada. W końcu to sama natura, o właściwościach korzystnych dla zdrowia! Zawsze można ją zmiękczyć dodatkami. Może to naiwność, ale jakoś moja patriotyczna i rozmiłowana w Podhalu dusza buntuje się na taki dumping.

Mam czas na buszowanie po Waszych blogach i innych zakamarkach, bo powaliło mnie paskuuuuuuuudne zapalenie oskrzeli. Jeszcze nigdy nie miałam tak silnego i nie wiedziałam, że może być tak obezwładniające. Jedną z zalet jest jednak długie zwolnienie i - co za tym idzie - przyspieszenie dziewiarskie. Bo i tak przez większość czasu nie miałam siły na nic innego, jak siedzenie w łóżku i dzierganie, a czasem nawet i na to nie wystarczyło "pary". Będę sukcesywnie pokazywać, na co starczyło, tylko muszę znaleźć jakie takie światło na sesję.

Tymczasem chciałam Wam pokazać prezent, jaki sprawiłam sobie może nie pod choinkę, ale na nowy rok. Tadam! (jak to się właściwie pisze?)


Tu - wypożyczony od Synka "Merdaczek" pilnie strzeże motków Brushed Alpaca Silk firmy Drops.


A tu na tle choinki dumnie prężą się trójkolorowe Alpaki, też Drops oczywiście.

I co Wy na to? Bo ja w ekstazie;-)

Zakupu dokonałam w niezawodnym Włóczkowo w ostatni dzień roku, czyli w ostatnim dniu promocji Dropsa na Alpakę. Jak zwykle na ostatnią chwilę.

I tu mała dygresja. Nie uwierzycie! Siedziałam przy komputerze późnym wieczorem w sobotę 30 grudnia i kompletowałam zamówienie na alpaki w jednym ze sklepów internetowych - partnerów Dropsa. Szło to powoli, bo jak już znalazłam zaplanowany kolor, okazywało się, że nie ma wystarczającej liczby motków i musiałam szukać jakichś kompromisów. Spokojna jednak, że zdążę, bo świadoma, że promocja trwa do 31 grudnia. I jakież było moje osłupienie, gdy po skompletowaniu zamówienia (ceny promocyjne), odświeżyłam koszyk po 24:00! Otóż wraz z wybiciem północy z 30 na 31 grudnia wszystkie ceny jak jeden mąż poszybowały w górę i stały się zwykłymi, liniowymi cenami motków Dropsa!

Noooo, porzuciłam czym prędzej ten sklep i poszukałam innego, czyli Włóczkowo właśnie, które oferowało po pierwsze - ceny promocyjne zgodnie z ofertą Dropsa, czyli do końca dnia 31 grudnia, a po drugie - znacznie większy wybór kolorów poszczególnych włóczek. Rach-ciach i skompletowałam wszystkie wymarzone, bez kompromisów. Enter i są.

Powstaną z nich sweterki dla mojego Miłego, i dla Mamy i dla mnie też. Już nie mogę się doczekać, kiedy się na nie rzucę!

Jestem zaskoczona tym przypadkiem. Sądzę, że nie było to zamierzone, ale po prostu ktoś w pierwszym sklepie źle ustawił parametry na stronie i po północy wszystko się przełączyło. Szkoda, bo mogłabym wówczas odebrać osobiście, ale i nie szkoda, bo mam teraz wszystkie wymarzone kolory.

Na razie na drutach wyczekiwany przez Maluszka Filemon w dość rewolucyjnych kolorach. O tym, jak go robiłam, skąd wzięłam wzór i jak go przetworzyłam opowiem po skończeniu.



Dzierga się szybko i miło z włóczki Alize Cotton Gold, nabytej w sklepie stacjonarnym e-dziewiarka. Włóczkę zdecydowanie polecam i sama po nią jeszcze sięgnę, by wyczarować coś letniego. Po skończeniu Filemona postaram się też ją zrecenzować.

Jak Wam się podoba Filemonek? Jeszcze nie widzi, bo jak wiadomo malusieńkie kotki są ślepe, a ten się dopiero rodzi:-) Tymczasem pozdrawiam - miauuuuu i do miłego!

czwartek, 12 stycznia 2017

W dobie renesansu żakardów...

...wygrzebałam z głębi szafy dawny sweterek. Myślałam, że żakardy nigdy nie wrócą już do łask, a przynajmniej nie do pierwszej ligi. A tu zaskoczenie. I cieszę się i dystansuję do tej mody, bo żakardy piękne, ale mi brak cierpliwości i zwyczajnie czasu, by dłubać takie cacka.


Kiedyś było inaczej...

Kiedyś upolowanie włóczki dobrej jakości graniczyło z cudem. Nie miałam wówczas jeszcze tak zaawansowanego nałogu dziewiarskiego. Niemniej coś tam od czasu do czasu wrzucałam na druty. I zamarzył mi się porządny żakardowy szetland. Wzór znalazłam w - pożyczonym mi przez koleżankę - włoskim czasopiśmie Filatura di Crosa, które jak widzę istnieje do dziś. I wiedziałam, że taki właśnie muszę mieć.

Zupełnie przypadkowo na odpowiednią wełnę szetlandzką trafiłam w... Dreźnie. Nie posiadałam się z radości ściskając w pociągu w objęciach nie kamyk zielony, ale cieplutkie motki w morskiej szarości.

Wkrótce, po pożenieniu szetlanda z resztkami włóczek z maminej szafy, powstał wymarzony sweterek. Taki swobodny z gatunku "rajdowych".

żakardowy sweter szetland

Rajdy przed epoką hegemonii polarów i softshellów były najlepszymi okazjami do prezentacji wzorzystych swetrów, koniecznie własnej lub maminej roboty. Pamiętacie?


żakadrowy sweter wełniany



Najbardziej podoba mi się w tym wzorze motyw przetrąconego czerwonego płotka - przerabiany podwójną nitką, bo pojedyncza była za cienka w stosunku do sąsiednich. Lubię też to podszywane wykończenie dekoltu. Porządnie się dzięki temu układa.





Nie pytajcie mnie o nazwy i gatunki pozostałych włóczek! Wydaje mi się, że wszystkie wełniane, a ciemna szarość to też wełna szetlandzka, ale nie dam się za to pokroić. Grubość drutów? 5,5 lub 6, chyba... Ale w końcu nie to jest takie ważne. Ważne, że do sweterka przywiązałam się na tyle, że po intensywnym okresie eksploatacji przeleżał w szafie parę... hmm... - naście... lat i ciągle jest mi miły. Obiecuję sobie i jemu, że ze względów sentymentalnych i termicznych pojedzie ze mną przy najbliższej okazji w góry.

Na koniec parę fotek w zimowym słońcu, wśród bluszczowych liści.




Jak sądzicie, sweterek można jeszcze nosić, czy jest jednak passe?



poniedziałek, 2 stycznia 2017

Zniecierpliwiona fuksjowa Báska

Fuksjowa Baśka nie może doczekać się sesji fotograficznej. Stroi fochy, rozpycha się w szafie (inni lokatorzy się skarżą), skręca zgryźliwie warkocze, znacząco szemrze ryżem i co gorsza grozi, że się sfilcuje z rozpaczy przy najbliższym praniu. 


Fuksjowa Baśka wydziergana już dawno, noszona parę razy, zebrała garść komplementów, ale jeszcze jej mało, bo w wirtualnym świecie nie może zaistnieć. A Baśka ma rozbudowane ego i "parcie na szkło". Nic dziwnego! Jakbym była tak jaskrawa, to też bym chciała być zauważona.

W końcu jest! Zestaw Niezbędny: Fotograf i "manekin" za dnia w domu, słoneczny dzień i ochota. Szkoda, że na wyszukany plener zabrakło już czasu...

sweter Baśka fuksja

Baśka to nic innego, jak wierne wykonanie modelu sweterka z Sandry nr 11 z roku 2014. Do spotkania też na Pintereście. Ujęło mnie od pierwszego kartkowania gazetki jeszcze w kiosku. I kolorem i grą ściegów i jakąś taką ogólną bezpretensjonalnością.

Przy okazji innych zakupów właścicielka sklepiku, w którym czasem się zaopatruję, zapytana o mocny róż, kazała mi wejść na zaplecze i samodzielnie przekopać najwyższą półkę. bo "chyba tam gdzieś coś miałam". No, a że lubię się wspinać i należę do wytrwałych taterników wykopałam w końcu Baśkę właśnie, by wkrótce powstał z niej ten właśnie sweterek.

sweter Baśka fuksja







Baśka - recenzja włóczki


Włóczka: Baśka Lux Bene Nati
Kolor: fuksja
Skład: 40% wełna, 60% akryl premium
Waga i długość motka: 100 g / 300 m
Zalecane druty: 4-4,5

Baśka to - wbrew pozorom - nie nasza krajanka, lecz import z Turcji. Włóczka Baśka [czyt. baszka] Lux firmy Bene Nati - w stosunku do poprzedniczki włóczki Baśka (bez Lux) - wzbogacona jest o większą ilość wełny (40%), a akryl w niej użyty, to akryl premium.

Baśkę kupiłam za 12 zł za 100g motek, a w sklepach internetowych i na Allegro koszt jest ok 9,50 - 10 zł za motek. Widzę jednak, że w sklepach internetowych krucho z dostępnością kolorów, chyba więc Allegro będzie oferowało większy wybór.

Jej wielki walor to przyjemność w robieniu. Naprawdę jedna z najprzyjemniejszych włóczek mieszanych z akrylem, jakie dane mi było przerabiać. Skręcona solidnie i puszysta. Nosi się też miło. Nie ma ani skrzypiącego dźwięku akrylu, ani jego połysku. Mimo sporej zawartości wełny, nie drapie. No i ten kolor! Dla mnie też ulubiona grubość (mogę robić wszystko, byle by dało się to przerabiać na drutach 4 - 5,5). W przypadku Baśki optymalne jest 4-4,5. Niewykluczone, że jeszcze po nią sięgnę.

Jak zachowuje się po kilku praniach? Jeszcze nie wiem, bo na razie raz prałam (włóczka bez zmian), ale dopiszę, gdy nabędę więcej doświadczenia.

A przy okazji: Co to jest akryl premium?

Zrobiłam małe poszukiwania i jak na razie bez oszałamiających rezultatów. Udało mi się tylko ustalić oczywistą oczywistość, że włóczki z akrylu premium są trwalsze od zwykłego akrylu. Takie jest i moje doświadczenie. Wydaje mi się, że mają też szlachetniejszy wygląd i są bardziej miękkie. Ale jeśli któraś z Was ma głębszą wiedzę na ten temat, będę wdzięczna za podzielenie się nią.

sweter Baśka fuksja


No i co sądzicie o Fuksjowej Baśce? 

Najbardziej podoba mi się w zestawieniu z białą koszulą i czarnymi rurkami, ale w wersji ze spódnicą ołówkową też się broni.




środa, 28 grudnia 2016

Świąteczny wieniec

Tym razem nie będzie nic o dzierganiu. Świąteczny, czy raczej adwentowy wieniec własnej roboty marzył mi się od kilku lat. Niby prosta rzecz, ale nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać. 


Ambicją moją było spreparowanie wieńca wyłącznie z tego, co znajdę we własnym ogródku. Żadne gotowce nie wchodziły w grę. Trafiłam w końcu na "łopatologiczny" i przez to wielce przydatny DIY na blogu Lawendowy dom, gdzie czasem zaglądam w poszukiwaniu przepisów kulinarnych.

Wykorzystałam gałązki świerka srebrnego, świerka zielonego, thui i owoce irgi. Jako bazy użyłam pędów bluszczu, co nie było może tak dobre, jak użycie - zalecanego przez Autorkę wspomnianego wyżej bloga - derenia, ale nie mam derenia, więc szukałam alternatywy. Bluszczowe pędy są bardziej wiotkie i z racji naturalnego skrętu trudno z nich było uzyskać idealny okrąg, ale w końcu się udało, a niedoskonałości zamaskował potem układ pozostałych gałązek. Zaletą bluszczu jest natomiast to, że kompozycję wzbogaciły bluszczowe liście, których po prostu nie odrywałam od pędów.


Autorka tutka radzi mocowanie gałązek do bazowego okręgu sznurkiem i drucikiem. Ja nie miałam odpowiedniego drutu. Cienkie miedziane druciki wyczarowane dla mnie przez Męża po rozbrojeniu jakiegoś przewodu okazały się za krótkie i za delikatne. Poszłam więc po rozum do głowy i po... srebrną taśmę izolacyjną. Okazała się doskonała. Bukieciki z gałązek przymocowywałam „na zakładkę” do bluszczowej bazy. Dzieło zwieńczyłam kokardą z tiulu i gotowe.


Wieniec jak każdy debiut ma niedoskonałości, ale i tak cieszy. Szósty czy siódmy będzie perfekt;-)
Z resztek powstała jeszcze zielona kompozycja do przedpokoju.




sobota, 24 grudnia 2016

Życzenia

Wszystkim Odwiedzającym życzę, aby Święta Bożego Narodzenia były nie tylko czasem oddechu od codzienności, ale i momentem, w którym bez żalu odłożycie na chwilę robótkę, zapomnicie o liście zadań do wykonania, świątecznym stresie i rozterkach, a potem spojrzycie na szopkę, zaśpiewacie kolędę, pomyślicie o Dzieciątku narodzonym w Betlejem (lub o najwyższej Miłości, tak jak ją rozumiecie), popatrzycie w oczy ukochanej osobie... słowem - podładujecie akumulatory serca. Radosnego świętowania!


piątek, 16 grudnia 2016

Wulkan

Czyli co zrobić, gdy Twoi mężczyźni nie chcą Twoich szalików.


Dzisiejszy post potraktujcie w kategoriach żartu, rozcieńczającego przedświąteczny stres. No, tylko mi nie mówicie, że nie wiecie, co to jest!

Na drutach mam większy gabarytowo, krwisty kolorystycznie projekt z Alpaca Brushed Silk, ale o tym pisać za wcześnie. Postanowiłam sobie zrobić przerywnik w postaci zmajstrowania komina dla mojego potomka. Potomek bowiem narzeka, że walka z owijaniem się szalikami pochłania zbyt dużo jego cennej energii, potrzebnej przecież na bezustanne psocenie. Rozumiem te argumenty. Rozumiem i popieram utworzenie komina.

Ochoczo zabrałam się więc do dzieła. Starając się dopasować kolorystykę do aktualnie noszonej czarno - białej synkowej kurtki, wybrałam pozostałą mi po dzierganiu tuniki  resztkę Greta Natura Multi. Pięknej, cieniowanej od ecru po ciemny grafit. Aby uszlachetnić nieco tę mieszankę wełny z akrylem dodałam Drops Lace w kolorze szarym.

komin Greta Natura Multi Lace Drops


komin Greta Natura Multi Lace Drops

Na drutach zaczynało to wyglądać obiecująco, choć to mój pierwszy komin i robiony właściwie z głowy. Latorośl obserwując wysiłki zarzekała się, że będzie nosić. Cóż, jednak trzecia przymiarka na młodym modelu pozbawiła mnie złudzeń.

"Gryyyyyzieeeeeee!!!! Zdejmij to, zdejmij! Nie będę nosił!!!"

Ani przekonywania, że się przyzwyczai, że milusie, że cieplusie, że się bardzo rozciąga, ani wreszcie skrajnie niemoralna oferta dawania forów w "Chińczyku" nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Nie! I kropka.



Prucie oczywiście. Ale zanim to uczyniłam, Synek przyjrzał się uważnie zalążkowi komina i stwierdził stanowczo, że to przecież jest... wulkan (dla mnie to bardziej ukwiał, ale niech mu będzie). I zażądał, bym z pomarańczowej włóczki, czekającej już na inny projekt dla niego, udziergała ni mniej ni więcej tylko... lawę.

Czy szanowne Koleżanki mają jakieś doświadczenia z dzierganiem lawy? Jeśli tak, to poproszę o podzielenie się;-)

Na zdjęciu pierwszym - "wulkan" z lawą z czerwonej Alpaki Brushed Silk.


A oto jedyny "mężczyzna" w moim domu, który nic sobie z tego wszystkiego nie robi. Futrzany ma luzik, bo jest pewność, że go kominem, ani szalikiem uszczęśliwiać nie będę.