Światowy Dnień Dziergania w Miejscach Publicznych... nieco z ukosa

Na ten dzień czekałam niecierpliwie od dwóch miesięcy, właściwie nie zastanawiając się, czego po nim oczekuję. Jak wejrzę w siebie, to chyba najbardziej po prostu poznania innych osób, w których na myśl o wrzuceniu nowego projektu dziewiarskiego na druty, tak jak mnie, przechodzi dreszczyk emocji po plecach. I nadszedł 10 czerwca...



W pewnym stresie, bo tego samego dnia z daleka przylatywał ktoś bliski i ze świadomością, że kolejnego dnia moje dziecko po raz pierwszy ruszało na dłuższy wyjazd bez rodziców, pomaszerowałam na wrocławskie spotkanie dziewiarek i dziewiarzy. Wiedziałam, że przez krótki czas, jaki tam będę - z ww. powodów - na pewno nie zdołam poznać wszystkich uczestników, ale z nadzieją, że choć z kilkoma uda mi się porozmawiać i zadzierzgnąć nić porozumienia.

Weszłam do kawiarni (nie podam jakiej, bo na reklamę w moim skromnym mniemaniu nie zasługuje z racji zaniżenia jakości, a zawyżania cen w porównaniu z latami ubiegłymi), odnalazłam rozświergotaną grupę z drutami przy stole zawalonym motkami i robótkami. Oczywistym wydawało się, że uczestnicy bawią się doskonale. Stanęłam z boku i usiłowałam się przywitać... Bez efektu. Grupa, ewidentnie znających się już wcześniej osób, była tak pochłonięta swoimi sprawami, że sprawiała wrażenie zupełnie hermetycznej. To było zaskoczenie. Ponowiłam powitanie. Bez jakiegokolwiek rezultatu... Przez kolejne pół minuty stałam rozważając swój bilans emocjonalny. Wyjść od razu i odetchnąć z ulgą, czy zostać i przekonać samą siebie, że to miejsce i okazja są dla mnie?

Zdecydowałam jednak, że dam sobie jeszcze jedną szansę. Przytaszczyłam wolne krzesełko i zapytałam najbliższą osobę, czy mogę się przysiąść. Najbliższa osoba potwierdziła, a po chwili wyciągnęła rękę, by się przedstawić. Lekko mi ulżyło. Potem zdecydowałam się podejść do drugiego końca stołu i po prostu przedstawić się gremialnie obecnym. W odpowiedzi mile mnie pozdrowiono.

Nie jestem typem ktosia, kto w nową grupę wchodzi jak nóż w masło, ale nie mam też z tym specjalnych problemów czy oporów. Tu - powiem szczerze - nie było łatwo, mimo, że wszyscy zebrani to były ewidentnie bardzo sympatyczne osoby, pochłonięte tę samą pasją, jak moja.

Nie wiem...
...czy to kwestia tego, że przyszłam później. Choć w założeniu każdy mógł dołączyć w każdej chwili,
...czy tego, że obecni znali się już chyba wcześniej,
...czy też kwestii czysto przestrzennych - ciemne, głośne pomieszczenie z długim stołem,
...czy też ja nie miałam nastroju na podboje towarzyskie i podświadomie oczekiwałam jakiejś moderacji. Wiem, wiem, brzmi to straszliwie, bo takie spotkania to - zdaje się - z założenia ma być zupełny spontan.

Tak czy owak wyglądało to zupełnie inaczej niż w moich wyobrażeniach. Po godzinie pobytu udało mi się zamienić ledwie kilka słów z sąsiadkami, pomacać kilka pięknych motków, obejrzeć kilka ciekawych prac, podpatrzeć kilka ciekawostek. Wychodziłam, zastanawiając się, czy takie spotkania są w ogóle dla mnie, czy jestem raczej typem dziergacza - samotnika. Może po prostu powinnam to zaakceptować.


Zdjęcie dzięki uprzejmości Lucji Słowikowskiej. Dla ciekawskich: na drutach mam Frosty Morning od Dropsa. 

W każdym razie i ja tam byłam, motki pomacałam, lemoniadę wypiłam...

Ciekawostki - akcesoria dziewiarskie

Z ciekawostek chciałam podzielić się dwoma, które były dla mnie pewnym zaskoczeniem.

Mini-druciki
Pierwsza ciekawostka to mini-druciki na żyłce do robienia skarpet czy rękawów (chyba w dziecięcych ubrankach!). Wyglądające mniej więcej tak jak te:


Zdjęcie zapożyczyłam ze strony e-dziewiarka: https://www.e-dziewiarka.pl/akcesoria-hiyahiya

Właścicielka dała mi je na chwilę do wypróbowania, ale to zupełnie nie dla mnie. Dopiero usiłująć przerobić z ich użyciem kilka oczek zdałam sobie sprawę, że nawet robiąc na drutach z żyłką intensywnie używam wszystkich palców, a na pewno serdecznego i małego do obejmowania i popychania drutu. Tymczasem mini-druciki da się należy trzymać tylko trzema palcami: kciukiem, wskazującym i środkowym. Pewnie można się do tego krasnoludzkiego sposobu robienia przyzwyczaić i na pewno jest to doskonałe w wypadku rzeczy o malutkim obwodzie, ale w pierwszej próbie było to bardzo trudne.

Etui na robótkę
Druga ciekawostka, podpatrzona zresztą u tej samej pani, przypadła mi znacznie bardziej do wyobraźni. To woreczek / etui / saszetka na motek do dziergania "w biegu". Mimo najszczerszych chęci nigdzie w sieci nie mogę znaleźć podobnego. Ale jak tylko znajdę, uzupełnię wpis. Na razie postaram się opisać, bo sprawa jest dość prosta. Etui to prostokąt z wszytym w poprzek po jednej stronie zamkiem, mający po drugiej stronie nitowany otworek na nitkę oraz z uchem do zawieszenia na nadgarstku. Wkłada się motek do środka, przez otworek przeciąga nić, ucho na rękę i gotowe! Można iść w świat i dziergać. Oczywiście, jak raz się nitkę przez otworek przewlecze uwolnić robótkę można jedynie przecinając nitkę lub gdy motek się skończy.

Właścicielka owego gadżetu deklarowała, że jest tak wprawiona, że dzierga nawet podczas spaceru. Saszetki szyje ktoś we Wrocławiu. Nie pamiętam nazwy firmy, ale postaram się ustalić. W każdym razie, można podobne z łatwością uszyć samodzielnie.

Podsumowanie

W przyszłości pewnie skuszę się jeszcze na kolejne wspólne dzierganie, ale pewnie zarezerwuję sobie znacznie więcej czasu, no i chyba przyjdę w jakimś towarzystwie. Z dziewiarskimi posiłkami będzie łatwiej:-)

Ciekawe, jakie Wy macie refleksje i zwyczaje związane z tym dniem. Dobrze się bawiłyście? 


Anegdotka o dzierganiu w miejscach publicznych

Na zakończenie z okazji Światowego Dnia Dziergania w Miejscach Publicznych podzielę się rodzinną anegdotką. Otóż moi Dziadkowie przed wojną byli bardzo zapracowanymi ludźmi: 10 dzieci i kilka potężnych rodzinnych biznesów. Przy tych wszystkich obowiązkach Babcia ponoć nałogowo szydełkowała. Pewnej niedzieli poszła do kościoła, otwiera torebkę, a tam... zaczęta szydełkowa robótka. Dziadek się nachylił i szepce z filuternym błyskiem w oku: "Bo Ty tak nie lubisz marnować czasu..."

Jeśli ktoś przygląda się sceptycznie moim dziewiarskim nałogom, zawsze mówię: "To geny, moi drodzy, nic, tylko geny"!


A tu moja Babcia - dawczyni rękodzielnicznych genów - w otoczeniu dzieci i innych członków rodziny, jak królowa - matka w ulu. Szkoda, że nie mam zdjęcia, jak szydełkuje.

Komentarze

Popularne posty